Dwudziesty tydzień
Chleb jeszcze gorący, a ja paluchami zrywam mu z grzbietu chrupiąca skórkę. Niepohamowanie? Skądże znowu? To czysty pragmatyzm. Od dwóch dni ani słońce, ani księżyc nie są wstanie się do mnie przebić.
Tydzień 20: 01.01 – 07.01.2018r
Jest 100% wilgotności – mgła. Nie mogę pozwolić żeby wilgoć zamieniła mi chleb w kluchę, chrupkość znika wiec w moich ustach. Niewiele jest spraw które wprawiają mnie w większy zachwyt niż konsumpcja świeżego chleba 🙂 Z brzuchem pełnym ciepłego dobra wylądowałem w koi.
Po godzina obudził mnie stresik. Są takie odgłosy które od razu stawiają na baczność. Na słuch oceania się prędkość jachtu, jakość fali, prace osprzętu, autopilota, siłę wiatru itd. Nie wiem czy znacie opowiastkę o tym jak ponoć jeden jacht wyeliminował z regat inna jednostkę w dość nietypowy sposób. Być może przy pomocy procy wystrzelili w żagiel konkurenta niewielki metalowy drobiazg. Nadaje się śruba lub nakrętka czy tez jakaś przetyczka generalnie coś, co SUGERUJE. Ląduje na pokładzie, a spadło z góry. U góry są żagle, ale to chyba nie jest cześć żagli. Czy to mogło służyć do połączenia którejś ze stalowych lin trzymających maszt? Czy maszt obciążony żaglami utrzyma się, gdy jedna z lin takielunku może zaraz puścić? Żagle w dół!! I do portu by sprawdzić skąd jest ten element. Tak myślę postąpiła by większość. Obudził mnie więc pojedynczy stuk upadającego na coś twardego „duperelka”. Z bezsensowną, motywowaną głównie lenistwem nadzieją sprawdziłem podłogę i stół. Tylko tu coś mogło stuknąć, ale jest pusto. Wystawiłem głowę na zewnątrz szybko lustrując takielunek. Ale maszt się nie bujał, wanty raczej napięte. Bez paniki – myśl Ozi, myśl! A przy okazji ubierz spodnie i kalosze. W tym czasie też skontrolowałem w kabinie podwięzi wantowe, ale tu było wszystko ok. Wysunąłem się w tą wilgotną noc i zobaczyłem. Bom był bardzo swobodny z obu końców. Odczepił się od masztu. Trochę przestraszony sprawdziłem czy mocowanie nie jest uszkodzone. Ale nie. Wszystko całe, po prostu nie ma przetyczki mocującej. Leżała pół metra niżej na pokładzie. Jakimś cudem nie sturlała się za burtę. Hmm, jak to tu idzie? Musze przynieść zabezpieczenie przetyczki no i oczywiście dwa narzędzia żeby to zamontować. Jednym z nich jest płaski, mały, możliwie cienki śrubokręt. Po zmontowaniu wszystkiego i wsunięciu drutów zabezpieczenia w dziurkę na końcu przetyczki. Dziurka ma jakieś 2-3mm średnicy, druty zabezpieczenia ułamek milimetra mniej, w dodatku ich równoległe końcówki minimalnie się rozchylają i sprężynują. Żeby wsunąć je w otwór trzeba je delikatnie ścisnąć. Tyle że to wszystko jest naprawdę malutkie i nawet jeżeli są idealne warunki bez sztormów, deszczu i piorunów to i tak jest fala i jachtem buja. Jest też 50% szans, że jest noc i jeszcze musisz to jakoś oświetlić, bo wielkość tego wszystko nie pozwala na wkładanie na czuja. Uwierzcie mi, mam drobne dłonie, których wygląd ponoć świadczy, że przez całe życie nie splamiłem się praca fizyczną. To chyba jacyś pisamcy musieli wymyślić jakoś taką dziwną teorie. Zapewne na podstawie niewidzenia nigdy ani odpowiednich dłoni, ani pracy 🙂 Dobra, siedzi w dziurze. Ale to nie koniec. Teraz potrzebne są zabawki. Najpierw w/w śrubokręcikiem trzeba wpierw rozewrzeć druciki na tyle mocno żeby już pojedyncze końcówki można chwycić szczypczykami. Normalne kombinerki oczywiście się nie nadają, bo są zbyt grube (bez urazy!). Mam takie ze specjalnymi zwężanymi końcówkami. Oba narzędzia oczywiście potrzebne są tylko do tych czynności i nie mają jakoś specjalnie innego przeznaczenia na jachcie. Wyginam wiec odpowiednio druty zabezpieczenia. Odpowiednio, czyli dokładnie tak by pasowało do gniazda. Bo samo zabezpieczenie ma swoje odpowiednio ukształtowane zagłębienie w okuciu. Żeby nie wystawało poza jego obrys, żeby przypadkiem coś o to nie zahaczyło (np. lina) i co niezwykle nieprawdopodobne, nie wyszarpała zabezpieczenia. Problem jest chyba w tym, że liny nie wiedzą, że nie powinny się tak zachowywać. Wygląda na to, że być może na zasadzie sportu starają się takie zabezpieczenia, kółeczka itp. wyciągać z najbardziej nieprawdopodobnych miejsc. I gdzie tu wina inżyniera, który zaprojektował takie rozwiązanie? To zła lina była 🙂
Zmieniłem ocean, zmieniłem taktykę. Na Indyku ze względu na nienormalne zafalowanie trzymałem się jak najdalej od wszelakich prądów. Bałem się, że w ich pobliżu fala będzie jeszcze większym freakiem. Na Pacyfiku jest inaczej, jest normalnie. No i nie narzekam na nadmiar wiatru wprost przeciwnie. Staram się tak planować trasę żeby w okresie słabszych wiatrów być gdzieś w okolicy korzystnego prądu. Utrzymywanie dobrego średniego VMG jest kluczowe dla trzymania się harmonogramu. Przynajmniej do momenty wpłynięcia na Atlantyk.
A to już, zaraz. Musze przyznać, że od minięcia Nowej Zelandii jestem mocno nakręcony, w zasadzie zgodnie z założeniem być maksymalnie skoncentrowanym. Tyle czasu nie pozwalałem na zarządzanie przez adrenalinę, że teraz musze sensownie dozować jej dawki :)) Jest co najmniej tak jakbym zbliżał się do premii górskiej 🙂 Bo to w sumie układ podobny do kolarstwa. Za Hornem jeszcze długi odcinek do mety, ale głównie z góry. No a potem ciasny finisz.
Na liczniku:
16281 mil z średnią 4,8 węzła czyli 116 mil na dobę
„do celu” zrobione 15648 mil z średnią 4,6 węzła czyli 111 mil na dobę
Do mety jeszcze 11198 mil, zrobione 58% z zaplanowanej trasy
Do Hornu 2927 mil
Utwory tygodnia:
- Oats In The Water – Ben Howard
- The Awakening Of A Women – Cinematic Orchestra
Książki:
- Murakami Hatuki – O czym mówię kiedy mówię o bieganiu
- Terry Pratchett – Trzy wiedźmy
- Terry Pratchett – Panowie i damy
Ominięte:
- Sztormy. 10 tydzień bez sztormów.
Minięte:
- Antypody Polski
Szymon,materiały ze strony www.zewoceanu.pl


