Piętnasty tydzień
Nie jestem wielkim miłośnikiem szybko przelatujących przez kabinę rzeczy. No, może z małymi wyjątkami. Dlatego też, gdy tylko mogę przekładam rzeczy z górnych przestrzeni kabiny do niższych, bezpieczniejszych – jak np. bakisty pod kojami. Sprzątałem właśnie w jednej z tych bakist. Najpierw znalazłem duży 0,5l słoik konfitur…
Tydzień 15: 27.11-3.12 2017r
W spisie żywności figurował jako „Duży słoik dżemu”, a okazuje się że to chyba konfitury wiśniowe które uwielbiam. Przyglądałem mu z lubością, przez głowę przelatywały wizualizacje pomysłów: z kuskusem, płatkami owsianymi , a może… tak!!!! To jest to! Z płatkami jaglanymi! Wszystko, łącznie z intensywnym atakiem śliny trwało może sekundę. I nagle, za słoikiem zauważyłem TO! Nie wiem czy mózg zdążył wydać ciału jakiekolwiek polecenie. Nie sądzę, ręka wyskoczyła do przodu automatycznie, instynktownie, w imię najwyższych wartości. Odtrącony nieświadomie słoik na szczęście nie rozbił się o ścianę bakisty. A TO nie było TYM. Trzymałem w rekach jedną z wielu torebek z zupą. Kompletnie nie przypominała opakowania czekolady, którego narożnik widziałem za konfiturą. Oszukały mnie własne oczy, własny mózg, nawet słońce specjalnie nie świeciło, żeby w bakiście było niezbyt jasno, oszukańczo. Nie trzeba wcale sztormów by życie samotnego żeglarza na Oceanie Południowym zamieniło się w piekło.Brak sztormów nie znaczy, że tu plaża. Zrobiło się tak czterdziestkowo w końcu. Mało słońca, wiatry już tylko od rufy, od północnego zachodu do południowego zachodu. Wieje nie mocniej niż 6-7B w porywach do 8B. Momentami jest cieplej, czasem nawet dwucyfrowo.
Za to mniej mam miejsca na uniki. Do tej pory dość skutecznie lawirowałem w plątaninie wyży i niży unikając naprawdę ciężkiej pogody. Sytuacja się zmieniła. Z południa (ale nie tylko), dość typowo przybywa zła pogoda związana z ośrodkami niżowymi, a na północy pojawił się ląd. Trzeba się trzymać niezbyt blisko Australii, bo w złą pogodę brzeg jest tym dla jachtu czym ściana/drzewo dla pędzącego auta. Także można się spodziewać, że w końcu będzie jakiś łomot. A może nie? Może cały Indyk bez sztormu? Zostały tylko 2 tygodnie do jego granic. Na razie zszedłem trochę bardziej na południe by się trzymać z dala od Australii a przy okazji skorzystać z korzystnego prądu oceanicznego, który poprawia moje przebiegi. Niejako przy okazji skracam też drogę.
Żebym się za bardzo nie nudził mam inne problemy niż pogodowe. Sprzęt marudzi. Straciłem główną 140W baterie słoneczną. Wygląda na to, że drugi rejs dookoła świata to dla niej za dużo. Straciłem wiec 140W. Teraz mam 80W z drugiego solara no i podłączyłem zapasowy (w poprzednim rejsie też był tym zapasowym), mały 30W. Czyli mam 110W zamiast 220W. Różnica ogromna. Słuchanie muzyki ograniczam do kilkunastu minut dziennie. Dla mnie to chyba największy problem. Poważnie pisze. Czekolada przy tym to nieistotna fanaberia. Na przymusowy urlop poszedł Cichy Leszek czyli hydrauliczny autopilot gdyż potrzebuje dużo prądu. Na wachcie za sterem siedzi Ryjek, autopilot elektryczny. Nie ma on jednak szans prowadzić jachtu do końca rejsu. Dlatego coraz bliżej zejściówki jest samoster wiatrowy. Nie ma jeszcze imienia, jakieś pomysły? Dlaczego go po prostu nie zamontuje, a zaoszczędzonego prądu nie przeznaczę na słuchanie muzyki? Hmm, chyba po prostu nie chce niepotrzebnie odkrywać wszystkich kart. Jednak jest bezpieczniejszy w kabinie niż na zalewanej czasem przez fale rufie. Użyje go jak będę naprawdę musiał.
W sobotę rano odleciał czujnik kierunku wiatru w wiatromierzu na topie masztu. Sam wiatromierz jest sprawny. Pewnie dało by się cos prowizorycznego zamontować, ale trzeba wejść na maszt, a w tych warunkach nie ma co ryzykować. Szkoda mi go bardzo bo oddawał nieocenione usługi. Autopilot mógł dzięki niemu pracować w trybie wiatrowym. To duże ułatwienie dla samotnego żeglarza, który nie może spędzać całego czasu na pokładzie by obserwować zmiany wiatru i wprowadzać korekty do kursu. Jak dostał polecenie za ma mieć wiatr z kierunku 160 stopni to mniej więcej tak jechał, nawet gdy wiatr zmieniał swój kierunek. Minimalizował ryzyko niekontrolowanego zwrotu przez rufe. Do łask będzie musiał wrócić budzik. Będę musiał przerywać sen w celach kontrolnych, nawet gdy nie trzeba będzie niczego korygować. Pojawił się też problem kontroli kierunku wiatru z kabiny. Do tej pory było to łatwe, bo okna Maxusa są dokładnie wzdłuż koi w mesie czyli tam gdzie spędzam 90% czasu i patrzą nie tylko na boki, ale też do góry. Nawet, gdy leżałem wystarczyło tylko spojrzeć prosto do góry na ten wimpelek. W nocy był podświetlany topowym światłem nawigacyjnym. Brak mi go 🙁
Koło wtorku, może środy powinienem minąć drugi z słynnych przylądków – Leuwin. Dlaczego jest słynny? Nie mam pojęcia. Od niego do Pacyfiku będzie jeszcze koło 2 tygodni żeglugi. A teraz piekę sobie chleb.
Na liczniku:
12238 mil z średnią 4,8 węzła czyli 116 mil na dobę
„do celu” zrobione 11551mil z średnią 4,6 węzła czyli 109 mil na dobę
Do mety jeszcze 15295 mil
Utwory tygodnia:
- Ribbons- Carina Round
Płyta tygodnia:
- Sines – Jakob
Książki:
- Terry Pratchett – Świat finansjery
- Salman Rushdie – Szatańskie wersety
- Terry Pratchett – Potworny regiment
- Olga Tokarczuk – Prawiek i inne czasy
Ominięte:
- Sztormy. To już 5 tydzień bez sztormów.

